Górzno, czyli najpiękniejszy koniec świata

wpis w: małe stacje wielkich kolei | 0
Ilustracja do tekstu "Górzno, czyli najpiękniejszy koniec świata"

Zaczęło się od pana Wojciecha Wielgoszewskiego, nieżyjącego już fenomenalnego pedagoga, który oprócz posiadania rozlicznych zalet zabierał młodzież do Górzna i w okolice. O okolicach zaś – czyli Czarnym Bryńsku, w którym ludzie nie wskazują kierunków, mówiąc „w prawo”, „w lewo”, ale „koło czerwonego krzyża”, „koło zielonego krzyża” – pisała nasza redakcyjna koleżanka. Tradycyjnie więc, kiedy TSF wybierał się w drogę, wybrałam się i ja.

W Leluchowie miła

Na początku – zaskoczenie. Miasteczko jest naprawdę maleńkie i choć dawniej, kiedy działało tutaj kilka dużych ośrodków wypoczynkowych, z pewnością tętniło życiem, teraz wydaje się wymarłe. Na ulicach więcej kotów niż ludzi.

Ale kiedy powłóczyć się tutaj dłużej między małymi i trochę większymi domkami z drzewami pełnymi owoców, rudbekiami, malwami i różami wystającymi zza płotów, kiedy przestać zwracać uwagę na szczekające burki, bo na górce czeka niesamowity widok, można mieć wrażenie, jakby było się bohaterem piosenek Starego Dobrego Małżeństwa. Na przykład tej o Leluchowie.

Ilustracja do tekstu "Górzno, czyli najpiękniejszy koniec świata"

Potem zresztą okazuje się, że ludzie są. Jadą na rowerach z zakupami przez pagórkowate uliczki. Siedzą wieczorem na schodach kamienicy i o czymś rozmawiają. Prowadzą pasmanterię i pogotowie krawieckie. Pięknie grają na organach (do tego co roku w Górznie odbywa się Festiwal Pieśni Maryjnej). Przychodzą tłumnie do kościoła na mszę o 7.30. W niedzielę, kiedy można by pospać.

Dyskretny urok rezerwatów

Ilustracja do tekstu "Górzno, czyli najpiękniejszy koniec świata"

Górzno ma swoje skarby. Za kościołem bożgorobców, który kiedyś znajdował się za murami miasta (aż trudno w to uwierzyć, zważywszy na to, że teraz zamyka jedną ze ścian niewielkiego rynku) jest płotek, łąka z ulami, a potem ciągną się schody (a właściwie nawet „schody, schody, schody, schody…”). Wejście z powrotem może być trudne, ale górkę kościelną można też obejść drugą, mniej stromą, choć dłuższą drogą. Na razie jednak ciągle schodzimy i już wkrótce zobaczymy dwa jeziora. Najpierw Młyńskie (w tym się nie kąpiemy, ale podziwiać można), a zaraz naprzeciwko Górznieńskie. Tutaj można się zatrzymać na plaży miejskiej albo pójść jeszcze trochę dalej i zamówić sobie pyszną kawę, po czym gadać na molo aż do zachodu słońca.

Zachodu aż tak dobrze nie widać, bo na brzegach jest las. Ale to nie jest zwykły las! Znajdujemy się na terenie Górznieńsko-Lidzbarskiego Parku Krajobrazowego, co oznacza, że w pobliżu jest kilka rezerwatów (a nawet jak nie ma rezerwatu po drodze, to i tak jest pięknie). Niestety, dwa lata temu jakiś (tu można wpisać mocne słowo, opisujące poziom osobnika) podpalił Dąb Rzeczpospolitej – 500-letni pomnik przyrody, podziwiany w rezerwacie Jar Brynicy. Na szczęście nie zapędził się w pozostałe knieje.

Ale bliżej Górzna jest rezerwat o nazwie Szumny Zdrój. Trzeba minąć Dworek Wapionka, potem pensjonat Jagódka i pojawi się drewniana tablica informująca o różnych atrakcjach – o rezerwacie też. Idziemy w prawo i już za chwilę, tuż za leśnym parkingiem będzie skręt na rezerwatową ścieżkę.

Ilustracja do tekstu "Górzno, czyli najpiękniejszy koniec świata"

Ponoć mierzy 2,5 km, ale chyba więcej, bo można się tu włóczyć półtorej godziny albo i dłużej. Jest cudnie zielono, czasem widać jezioro, czasem szemrze strumyk, skaczą żaby, stukają dzięcioły, coś skrzypi na grzęzawisku, paprocie szukają światła, jeżyny zapraszają do zerwania, na powalonych drzewach wyrasta stołówka z kończyn i grzybów.

W pewnym momencie można poczuć się jak w górach – „na błękicie jest polana” (to znaczy między dwoma stawami), na niej zadaszona altanka, w której można odpocząć, naprzeciwko sad z drewnianym płotem. Tylko owiec brak. Za to na miłośników historii prawie na końcu trasy czeka pomnik żołnierzy wyklętych.

Ilustracja do tekstu "Górzno, czyli najpiękniejszy koniec świata"

Górznoczytanie

Bo Górzno wcale nie jest takie prowincjonalne, a jeśli zacząć czytać jego zagadki, okazuje się, że może zaskoczyć. Co tu na przykład robi mała i wąska ulica Gdynia? Komuś mimo dwóch jezior trzeba było wielkiej wody – a może tej wody było właśnie za dużo? Bo nazwa i Gdyni, i Gdańska ma w sobie prasłowiański element *gъdъ, oznaczający wilgotne miejsce, mokradła.

Na tyłach rynku stoi krzyż, okazuje się, że to plac św. Anny. W kościele bożogrobców jest ołtarz poświęcony Babci Pana Jezusa. Okazuje się, że w Górznie były niegdyś dwa kościoły, ale ten poświęcony św. Annie spłonął podczas wielkiego pożaru w 1773. Czerwony kur pożarł zresztą wówczas 137 zabudowań – wszystkie domy, karczmy, kuźnie, szpital, plebanię i ratusz. Kościół bożogrobców ocalał, a pewnie właśnie udało mi się trafić na miejsce po starym kościele.

Za to przy kościele stał niegdyś pałac biskupów płockich, a i sam kościół, wybudowany w średniowieczu, wyglądał inaczej. Po licznych pożarach trudno oczekiwać, żeby drewniana świątynia dotarła do naszych czasów.

Ilustracja do tekstu "Górzno, czyli najpiękniejszy koniec świata"

Wchodząc po dramatycznych schodach, zastanawiałyśmy się, jaki tu był zabór, bo domków z czerwonej cegły albo z pruskiego muru nie widziałyśmy za dużo. Granica między Prusami a Rosją była na Drwęcy, ale rzeka biegnie dalej przez Nowe Miasto Lubawskie. Jest jednak nieużywany już kościół protestancki – a to sporo sugeruje. Pamiętam swój artykuł o powrocie Górzna do Macierzy – zgadza się, tutaj też rządzili Prusacy. Chociaż Polaków było więcej i wypracowali z przybyłymi kolonistami w miarę pokojowe status quo.

Mieszkamy w internacie Stowarzyszenia Przyjaciół Szkół Katolickich, prawie naprzeciwko czerwone mury szkoły (akurat nie prowadzonej przez stowarzyszenie – ta zarządzana przez SPSK stoi przy kościele), a z tyłu internatu kusi mała dróżka. Początkowo wydaje się, że prowadzi do parku. Też, chociaż część terenów zielonych jest zamknięta – miasto wzmacnia osuwającą się skarpę. Ale jeśli zejść na dół, w stronę jeziora, okazuje się, że właśnie znaleźliśmy Pole Namiotowe im św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Tuż nad jeziorem, więc patronka miasta zrzuca nie tylko deszcz róż, ale i rozgwieżdżone wieczory nad wodą z porannymi mgłami w pakiecie.

Ilustracja do tekstu "Górzno, czyli najpiękniejszy koniec świata"

Kiedy małe jest piękne

Czy znowu przydałoby się międzywojenne Towarzystwo Upiększania Górzna? A może raczej coś zachęcającego do odwiedzin miasteczka z karpiem w herbie? Dodającego odwagi, że skoro przybył tu sam król Batory, to czemu by nie współczesny programista czy księgowa z rodziną (albo i bez)? Poprzez niesamowite szlaki Pojezierza Brodnickiego, gdzie bele zboża na tle pochmurnego nieba przypominają obraz Van Gogha, a droga wije się wzdłuż lasów i pagórków?

Górzno jest nienachalne. Bez komercji, bez ciupag znad morza. Są dwa małe hipermarkety, zupa kurkowa czy desery z wyższej półki cenowej do dostania w Wapionce, a mieszkańców domków z sadami pewnie dałoby się namówić na sprzedaż owoców czy wypożyczenie roweru. Wystarczy przyjechać, zobaczyć mgły nad jeziorami i nacieszać się zielenią i ciszą. I nigdzie się nie spieszyć.

Ilustracja do tekstu "Górzno, czyli najpiękniejszy koniec świata"

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.